Archiwum kategorii ‘do przeczytania’

o powrotach

niedziela, 15 sierpień 2010

Ostatni dzień wyjazdu daje w kość. Pogoda robi się piękna, Znużenie towarzystwem mija jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a koledzy nagle stają się tak fajni jak za czasów liceum. Ostatni dzień, jest dniem magicznym. Piwo o dziwo jest zimne i smaczne, a karkówka z grilla mocno doprawiona piaskiem smakuje lepiej niż pieczone prosie z tamtych lat…

:)

o przejazdach

środa, 11 sierpień 2010

bez-nazwy-1234

Mam słabość do dworców kolejowych, a to dlatego, że nigdy przenigdy żaden dworzec mnie nie skrzywdził. Od zawsze kojarzą mi się z wakacjami, feriami i innymi wyjazdami, zaś zapach nasypu kolejowego jest zapachem przygody. Nie miałem problemów z kibicami, służbami celnymi, sokistami, konduktorami, towarzyszami niedoli przedziałowej. Nie jeździłem nigdy do pracy, tylko do przyjemności, wchodziłem zawsze drzwiami, siadałem przy oknie, ewentualnie przy drzwiach, zaś toaleta służyła tylko do sikania…

Nie miałem także problemów na dworcach autobusowych i choć trzeba napomknąć, iż daleko im do osobowości dworca kolejowego, to nie zdarzyło mi się udać z niego gdzieś indziej niż na urlop lub co najmniej na dłuższy weekend.

Niestety każdy kij ma dwa końce, a każda dworcowa euforia wyjazdu po tygodniu lub dwóch kończy się powrotną depresją, która to swe początki ma na dworcu.

ps: te dwa wyjazdy w celach zarobkowych, kiedy to wspinałem się po oknie na jedynym źle skojarzonym mi dworcu wschodnim, zostały ominięte dla dobra spójności tekstu.

o tym czego miałem nie rejestrować

środa, 14 lipiec 2010

Obiecałem publicznie jakiś czas temu i nie dotrzymałem słowa. Tak więc, skoro publicznie coś obiecuje, to w podobny sposób wypada się przyznać do złamania tejże obietnicy. Podobnie obiecałem, ale nie pamiętam czy sobie czy wszystkim ograniczyć pstrykanie do lustra. No ale to jest wyjątkowe! Bo lusterko proszę państwa się wcale nie mało ruszało. Trzeba mieć oko, no i ten… decisive moment :).

telewizja kłamie

niedziela, 16 maj 2010

Ku swojej zgubie nigdy nie stosowałem się do mądrej rady, by zdjęcia pokazywać, jak się ma coś do pokazania i analogicznie bądź cyfrowo pisać wtedy, gdy jest o czym. Mając na względzie pomruki swojego sumienia lub o zgrozo! poczucia estetyki, przyjąłem a priori, iż blog ma charakter przymrużonego oka i nie wymagam od siebie trzymania poziomu o pionie nie wspominając. W tym momencie następuje szybka riposta, że niezły byłby z Ciebie aktor jakbyś na scenie grał byle jak, bo przecież to granie jest tylko z przymrużeniem oczka. Podobnie jest z wszechobecnym stwierdzeniem, iż bloga prowadzę tylko dla siebie, tylko jakoś wtyczka od internetu z gniazdka nie chce się w y p i ą ć. Pytania o sens egzystencji blogowania należą do jednych z bardziej miałkich, do dziś nigdy ich sobie nie zadawałem…

Bardziej niż to wszystko żałuje, że wtedy pod Radomiem nie miałem aparatu, gdy ta dziwna para w trabancie kluczyła pokrętną drogą na stacje z płatnym kiblem, by zatrzeć ślady przed ścigającą ich machiną wojskową z czymś dziwnym na plecach, co bazuką nazwaliśmy.

A dwa dni później w rytm tej samej muzyki (moby, gorzej z tytułem) ujrzałem z balkonu parę osiedlowych dozorców ścigających się na swoich pelikanach. W momencie gdy ten ubrany w zielony kubraczek wychodził łagodnie na prowadzenie zrozumiałem wszystko…

o starówce

wtorek, 6 kwiecień 2010

Pisałem, ale nie pamiętam kiedy, iż nasza staróweczka jest fantastycznym miejscem do robienia zdjęć. Jedynym w Warszawie, gdzie nikomu nie przeszkadza gdy jest namierzany aparatem, bo i tak strzela się w zabytki. Na starówce można czuć się niczym ryba w wodzie, frytka w oleju, cokolwiek. Można wszystko! Jest tylko jeden jedyny problem - tak samo ciężko zrobić coś fajnego, jak gdziekolwiek indziej…