Wpisy oznaczone ‘przemyślenia bez myślenia’

. . .

czwartek, 26 sierpień 2010

Tak sobie myślę, że miał świętą rację Stasiuk w Fado pisząc o znaczeniu przeszłości w naszym życiu. Abstrahując od wszystkich tych koncepcji psychologicznych i nie biorąc ich w tej chwili w ogóle pod uwagę, to jak nie przeszłość, to co?

:)

o tym czego miałem nie rejestrować

środa, 14 lipiec 2010

Obiecałem publicznie jakiś czas temu i nie dotrzymałem słowa. Tak więc, skoro publicznie coś obiecuje, to w podobny sposób wypada się przyznać do złamania tejże obietnicy. Podobnie obiecałem, ale nie pamiętam czy sobie czy wszystkim ograniczyć pstrykanie do lustra. No ale to jest wyjątkowe! Bo lusterko proszę państwa się wcale nie mało ruszało. Trzeba mieć oko, no i ten… decisive moment :).

o skojarzeniach nie za długo

niedziela, 11 lipiec 2010

Kogoś mi ten pan przypomina… ale dopiero po zrobieniu zdjęcia, jak teraz na nie patrzę. Co ciekawe wcześniej nie miałem żadnych skojarzeń. Ach te meandry postrzegania, można by tu nawet podciągnąć pana pod jakiś test projekcyjny, ale zapewne nie spełniłby by żadnych norm naukowych… oczywiście nie pan, tylko zdjęcie jako takie ;)

telewizja kłamie

niedziela, 16 maj 2010

Ku swojej zgubie nigdy nie stosowałem się do mądrej rady, by zdjęcia pokazywać, jak się ma coś do pokazania i analogicznie bądź cyfrowo pisać wtedy, gdy jest o czym. Mając na względzie pomruki swojego sumienia lub o zgrozo! poczucia estetyki, przyjąłem a priori, iż blog ma charakter przymrużonego oka i nie wymagam od siebie trzymania poziomu o pionie nie wspominając. W tym momencie następuje szybka riposta, że niezły byłby z Ciebie aktor jakbyś na scenie grał byle jak, bo przecież to granie jest tylko z przymrużeniem oczka. Podobnie jest z wszechobecnym stwierdzeniem, iż bloga prowadzę tylko dla siebie, tylko jakoś wtyczka od internetu z gniazdka nie chce się w y p i ą ć. Pytania o sens egzystencji blogowania należą do jednych z bardziej miałkich, do dziś nigdy ich sobie nie zadawałem…

Bardziej niż to wszystko żałuje, że wtedy pod Radomiem nie miałem aparatu, gdy ta dziwna para w trabancie kluczyła pokrętną drogą na stacje z płatnym kiblem, by zatrzeć ślady przed ścigającą ich machiną wojskową z czymś dziwnym na plecach, co bazuką nazwaliśmy.

A dwa dni później w rytm tej samej muzyki (moby, gorzej z tytułem) ujrzałem z balkonu parę osiedlowych dozorców ścigających się na swoich pelikanach. W momencie gdy ten ubrany w zielony kubraczek wychodził łagodnie na prowadzenie zrozumiałem wszystko…

ciąg dalszy

piątek, 9 kwiecień 2010

Początkowo myślałem, aby rozwinąć temat z poprzedniego wpisu. Jednak po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że przy minimalnej ilości słów zawarłem i wypełniłem go optymalnie treścią. Nic dodać, nic ująć!